Eksplorujemy norweskie wybrzeże… relacja Romka, załoganta etapu I ze Świnoujścia do Oslo 23 – 30 czerwiec 2018
16 lipca 2018
Z dziennika s/y Bara Bara – etap Alesund – Trondheim
24 października 2018

Zaraz po zaokrętowaniu, zaprowiantowanie, szkolenie i oczekiwanie na ostatnich załogantów. Mieli się pojawić dopiero po 2300, więc na starcie mieliśmy kilka godzin do nadrobienia. Czekając na nich miło rozmawialiśmy siedząc w kokpicie i jakież było nasze zdziwienie, kiedy weszli na pokład. Zdziwienie wynikało z faktu, że o godzinie 2300 było jeszcze bardzo jasno. To zjawisko dało nam się we znaki jeszcze nie raz a nie wspomnę jak bardzo, naszym bliskim w kraju, kiedy nie świadomi godziny dzwoniliśmy do nich.

 

W końcu wypływamy a tu niespodzianka. Wiatr równy zeru. Niewiarygodne, że Morze Północne może przypominać taflę szkła bez zmarszczki. Niestety musieliśmy uruchomić silnik a to mało żeglarskoL Silnik brzęczał na małych obrotach a jacht płynął prawie 6 ktn. Przy braku wiatru jakoś szybko ubywało mil i po 20 godzinach pokonaliśmy połowę drogi, tym samym mieliśmy duży zapas czasowy. Tuż przed końcem pierwszego przelotu stanęliśmy w dryf i zarzuciliśmy wędki. Szczęście dopisało, na kolację przyrządziliśmy pyszne dorsze i była to najlepsza nagroda za pływanie na diselgrotcie.

Pierwszym portem, jaki odwiedziliśmy był Trysnes Marina. Urocze miejsce schowane w głęboki fiord z krystalicznie czystą wodą. To tutaj kapitan wykonał kontrolowaną przewrotkę z kajaka do rześkiej wody. Po odpoczynku wyruszyliśmy w dalszą drogę, lecz błogi nastrój podsunął nam pomysł, aby zatrzymać się w kolejnej małej zatoczce i spędzić czas na leniuchowaniu. Wędkowanie, kajaki i skoki do wody to było nasze zajęcie na cały dalszy dzień. Przez cały czas towarzyszyło nam słońce i czasami czuliśmy się jak wśród Greckich wysp. Wieczorem rozpaliliśmy ognisko między skałami i wpatrzeni w zapadający zmrok podśpiewywaliśmy (a może słuchaliśmy) szant.

 

 

 

Następnym portem był Farsund. Zanim jednak dopłynęliśmy, po drodze minęliśmy najbardziej na południe wysuniętym ląd Norwegii, Lindesnes z górującą na szczytach skał latarnią morską. Farsund to przepiękna mieścina z bardzo miłymi i życzliwymi mieszkańcami. Uroczy most udekorowany kolorowymi rowerami i spokój panujący w tym miejscu dał nam pozytywną energię na dalszą drogę.

Z Farsund ruszyliśmy do Egersund. Wiatr spłatał figla i dla odmiany wiał baksztagowo, więc niektórzy załoganci dziwnie łykali ślinęJ Dopłynęliśmy wieczorem. Port był w całości wypełniony żaglówkami i jedyne wolne miejsce znajdowało się przy kei SAR-u. I znowu spotkała nas życzliwość Norwegów, którzy bez problemu pozwolili zacumować obok nich. Miły wieczór i porządna dawka snu dała siły na następny przelot. Przelot zapowiadał się dość ciężki, bo wiatr prosto w dziób a mil trochę przed nami. Strach ma wielkie oczy i w realu wyszło nie tak źle. Udało nam się pokonać odcinek do Stavanger dość szybko, choć na silniku, ale po zwrocie nad Randabergiem złapaliśmy korzystny wiatr i popłynęliśmy na żaglach aż do Jorpeland, bramy do fiordu Lysefjordem.

Plan był taki, że z rana wdrapiemy się na skalną półkę Preikestolen, położoną 604 metry nad szmaragdowym Lysefjordem. Wieczorem postanowiliśmy powędkować. Dwoje załogantów z pontonu moczyło kije, lecz wrócili z „wielkim nic”. Tajemnicą kolegi natomiast będzie jak bez wędki i na kajaku złowił dwie makrele. Makrele smakowały wybornie. I w tym porcie doświadczyliśmy życzliwości tubylców, otóż odwiedził nas jegomość, który przyniósł serki, mleko i inne drobiazgi, po prostu zostawił nam całe swoje zakupy.

Po obiedzie ruszyliśmy do portu docelowego Stavanger. Pogoda nareszcie żeglarska. Na początek 5B i bajdewind. Nareszcie załoga mogła halsować na żaglach. Serce się raduje jak widać ten uśmiech na twarzach żeglarzy, kiedy mogą poczuć wiatr i wykonują zwrot za zwrotem. Do Stavanger przycumowaliśmy późnym wieczorem przy silnym wietrze odpychającym, więc zdublowaliśmy cumy i po kąpieli zasiedliśmy do wieczoru kapitańskiego. Żartom i śmiechom nie było końca, więc skończyliśmy, kiedy wstał nowy dzień. Ostatni dzień upłyną na sprzątaniu, tankowaniu i pakowaniu się. Rozdanie opinii z rejsu zawsze odbywa się przy mieszanych uczuciach, bo z jednej strony to miły czas a z drugiej to czas rozstania i powrotu.

Załoga spisała się jak zawsze a po minach widać było, że na pewno wróci jeszcze na morze nie raz.

Kilkoro załogantów musiało dotrzeć na lotnisko w Haugesund i wyruszyli tam autostopem.

W Norwegii ten sposób przemieszczania okazał się bezkonkurencyjny i po 4 godzinach załoganci już zagościli w porcie lotniczym. Jako, że port jest zamykany na noc, Pan z obsługi wskazał im miejsce gdzie mogą przenocować, żartując, że miejscówki nie obejmują śniadania:)

 

Facebook
YouTube
INSTAGRAM