Bara-Bara wraca na zimne wody Północy!
15 sierpnia 2017

Do Porto Rafti, małej miejscowości niedaleko Aten, gdzie czeka zacumowana na boi s/y Bara Bara docieramy dzięki zaprzyjaźnionemu Markowi, który przed wielu laty osiadł w Grecji. Na dobry początek wpadamy do odwiedzanej już wielokrotnie Owpas na najlepsze suflaki jakie jadłam, mimo że jest już grubo po północy w knajpce panuje spory tłok. Zjadamy solidną porcję, popijając zimnym Fixem i niespiesznie udajemy się do portu. Dwóch śmiałków oddaje nam swoje ubrania w depozyt, wskakuje do wody i płynie przyprowadzić jacht, pozostała część załogi czeka na kei. Czas się dłuży, w końcu jednak odnajdujemy w ciemnościach światło zmierzające w naszym kierunku i z mroku wynurza się niebieski kadłub jachtu, który na siedem dni stanie się naszym domem.

Po przydziale koi, nie pozostało już nic innego jak oczekiwać na brzask sącząc dobre trunki:). Jednak w miarę ubywania magicznego płynu kreatywność załogi rośnie i w końcu, słusznego wzrostu załogant wraz z kapitanem wnoszą na pokład skrzynkę świeżych sardynek…tym samym skazując nas na „dietę sardynkową” w kolejnych dniach:-) Były smażone, pieczone, duszone i w zupie sardynkowej itp.

Jacht zaopatrzyliśmy w wodę, paliwo i prąd, dokupiliśmy „niesardynkowy” prowiant i pożeglowaliśmy na wyspę Kea do małego portu/kotwicowiska w północnej części zatoki, w Vourkari, znanej wiosce rybackiej, z licznymi tawernami, od której dzieliło nas zaledwie 15Mm. Po zacumowaniu oczywiście kąpiel, pokaz skoków do wody a następnie kolacja z przepięknym zachodem słońca w tle i przy akompaniamencie muzyki dochodzącej z jednej z tawern, w której odbywało się greckie wesele. Były nawet tańce w „strojach wieczorowych” na obszernym pokładzie Barki. Ostatnia historia tej nocy opowiedziana przez Rafała o pewnym „soliludku” co czyha na dzieci w kopalni w Wieliczce o mało nas nie zabiła ze śmiechu…

Następnego dnia udaliśmy się na Kithnos, w drodze wiatr obrał jednak niekorzystny kierunek i trzeba było uruchomić katarynę. Znużeni jej melodią i upałem znaleźliśmy fantastyczną zatokę Ormos Spathi, w której zacumowaliśmy na boi. Ponton poszedł na wodę, odpowiednie zaprowiantowanie i sprzęt do pontonu a wraz z ekwipunkiem dwie załogantki, którym umiejętności pływackie nie pozwalały dopłynąć do brzegu wpław. W zatoczce, na plaży zastaliśmy pozostawione po sezonie leżaki i parasole więc po zażyciu kąpieli każdy otrzymał dodatkowo puszkę zimnego Fixa i soczystego melona…w tej chwili nie potrzebowaliśmy nic więcej, było cudnie.

Na Kithnos do małego ale uroczego portu Loutra na północno – wschodnim wybrzeżu dotarliśmy wieczorem. Za 14 Euro jest tu dostęp do wody i prądu na kei a za 2 Euro można wziąć prysznic. Udało nam się wcisnąć pomiędzy dwa jachty, jeden należał do Riku, samotnie żeglującego od 25 lat Korsykanina, który opowiedział nam swoją historię podczas wspólnej kolacji na Bara-Bara. Poszła w ruch gitara, pełne szkło i pomidorki. Poznaliśmy korsykański hymn wykonany przez I Muvrini, historię flagi i piękno Korsyki ale przede wszystkim sympatycznego Richarda, który na koniec spotkania zaanonsował nas na Syros u swojego przyjaciela Panaiotisa. To właśnie kocham w żeglarstwie, że umożliwia spotykanie ludzi nieprzeciętnych, barwnych i bogatych wewnętrznie…

Rankiem, klar na pokładzie, kawa, śniadanie i kąpiel w gorącym źródle bijącym po przeciwnej stronie zatoki, w której znajduje się port. Nawet w taki upał okazało się to bardzo przyjemnym doświadczeniem, zwłaszcza wskakując z gorącej kąpieli do zimnego morza. Polecam!!! Popołudnie spędziliśmy w pobliskiej zatoce. Do Syros postanowiliśmy wypłynąć na noc.

Droga do Syros dostarczyła nam żeglarskich wrażeń i doświadczeń. Były bliskie spotkania z promami, rozpoznawanie świateł jakie pojawiały się dookoła. Ale najważnejsze, powiało, więc każdy z załogantów mógł chwycić za ster przy silniejszym wietrze. Pomiędzy Siros (gr. Σύρος) a Tinos (gr. Τήνος) zrobiło się groźnie, wiała już regularna siódemka, nawet wejście do portu nie dało wytchnienia. Na szczęście udało nam się w miarę bezpiecznie przytulić się do kei, ustalono wachty cumownicze, po czym dzień przyniósł już spokój. Ermoupolis to miasto, liczące około 13 tys. mieszkańców, jest największym miastem na wyspach i obecnie pełni rolę stolicy administracyjnej całych Cyklad. Po odespaniu ciężkiej nocy wyszliśmy poznać okolice. Miasto ze względu na swoje amfiteatralne położenie na dwóch wzgórzach to niekończące się schody. Po przejściu pierwszej setki trafiliśmy do przepięknej cerkwi a następnie na Platia Miaouli, centralnego placu miasta z XVIII wieku, wyłożonego marmurem przy którym znajduje się ratusz zaprojektowany przez niemieckiego architekta z monumentalnymi schodami o szerokości około 16 metrów oraz opera. Później już tylko najwytrwalsza część załogi postanowiła pokonywać kolejne setki schodów aby dotrzeć na szczyt góry i podziwiać pięknie widoki. Wąskie uliczki na Syros zachowały swój malowniczy, cykladzki charakter. Wielki świat na małej greckiej wyspie, warto zobaczyć!

Przed brzaskiem wypłynęliśmy na Andros, najbardziej zieloną wyspę Cyklad. Cóż to za uczucie, stojąc za sterem podziwiać jak na prawej burcie wstaje słońce a na lewej jeszcze świeci księżyc a dookoła gładka tafla wody…

Celem nowego dnia był urokliwy port w Batsi, o czym nie mieliśmy jeszcze pojęcia. Wcześniej jednak wpłynęliśmy do najpiękniejszej z odwiedzanych zatoczek 37°777116 24°862559 z przepiękną piaszczystą plażą, grotami, w których woda mieniła się niezliczoną ilością odcieni błękitu i zieleni. Ciężko było się z nią rozstać. Po godzinie na silniku, przygotowaliśmy cumy i wpłynęliśmy do portu, i tu niespodzianka port za darmo. Po ponownym zapytaniu czy na pewno jest za darmo, wkurzony Grek krzyknął: „I am port, all is free!!!”

Popołudnie w Batsi, greckim ośrodku turystycznym spędziliśmy bardzo przyjemnie. Podczas kiedy część załogi zwiedzała miejscowość a następnie korzystała z pobliskiej plaży obserwując zawody pomiędzy rosyjską i ukraińską załogą, która zacumowała obok nas, inni poznawali grecką kulturę, popijając zimne piwo w towarzystwie Greków grających w szachy. Wieczór przyniósł smażone kalmary i inne delicje…w tawernach zrobiło się gwarno i tłoczno…

Ostatnią noc na wyspach postanowiliśmy spędzić w zatoce. Zakupiliśmy więc odpowiedni prowiant na grila i w drogę. Chwilę nawet nabraliśmy wiatr w żagle i jacht pięknie mknął na pełnych żaglach. Nasza radość trwała jednak krótko, wiatr ucichł i trzeba było uruchomić katarynę. Zaczęliśmy rozglądać się za odpowiednią zatoką, w końcu po kilku milach wypatrzyliśmy odpowiednią 37°55,507N 24°41,512E. Było tam dość płytko więc nie mogliśmy zbliżyć się za bardzo do brzegu. Procedura więc jak zwykle, cały potrzebny ekwipunek do pontonu i na plażę. Okazała się bardzo piękna. Po aqua aerobiku dla załogantek rozpaliliśmy grilla. Zapach był tak intensywny, że przywołał do nas jacht z włoskimi załogantami z Neapolu i Bergamo, którzy jak się okazało w dalszej rozmowie, pracowali kiedyś w Polsce z Zawierciu. Jeden z nich był kucharzem więc zaintrygował go nasz grill. Jego chęć posmakowania potrawy skutecznie zakończyła jednak niecierpliwa niewiasta w żółtym bikini, która pozostała na jachcie. Mieli zbyt długą drogę do Włoch aby móc z nami zostać. Nasze ziemniaki z masłem i czosnkiem już doszły, mięso pachniało nieziemsko wiec przyszła pora posiłku…kalmary, kalmarami ale mięso z grilla na plaży…bomba.

Nadszedł zmierzch, grill zamienił się w ognisko, przypłynęła gitara i zrobiło się magicznie. Jedna z załogantek zaśpiewała nam Time after time przy akompaniamencie gitarzysty Romkapo zakończeniu w ciemności usłyszeliśmy oklaski dobiegające z głębi zatoki…

Do następnego rejsu…

                                                   

 

Facebook
YouTube