„Sardynkowy rejs” na Cyklady – zapiski
21 września 2017
W oczekiwaniu na wiosnę snujemy plany…
15 marca 2018

Rozpoczynamy więc przygotowywać się na sztormowanie. Gotujemy szybki obiad, aby w spokoju i bez dodatkowej wody w talerzach zjeść ciepły posiłek a potem już tylko zmierzyć się z przeznaczeniem. Wszyscy zmobilizowani, więc już po chwili stajemy w dryfie i po małej korekcie żagli wachta kambuzowa podaje obiad. Burza zbliża się bardzo szybko, widać już ścianę deszczu, która zmierza w naszym kierunku. A więc do dzieła, klar na i pod pokładem, ostatnie dopięcia sztormiaków, wychodzimy z dryfu i mkniemy wprost w paszczę tego granatowego potwora. Cała pięcio-osobowa załoga z bijącym mocniej sercem czeka, co wydarzy się za chwilę. Płyniemy na zrefowanych żaglach, ale wiatr wzmaga się mocno i zaczyna kręcić, więc odpalamy silnik i zwijamy żagle. Dalej płyniemy na silniku, dzielnie pokonując fale, tniemy je niczym stalowy miecz. Troje z nas pierwszy raz doświadcza tak silnego sztormu na morzu. Alis postanawia sprawdzić, z czym mamy do czynienia, wyjmuje ręczny wiatromierz i melduje siłę wiatru, 53 knoty, czyli mamy 10 B. Minęła zaledwie niecała godzina od nadejścia burzy a tu 10 B. Wiatr i ulewny deszcz szaleją bezkarnie, na nasze szczęście jednak nie zdążyła się jeszcze rozbudować fala.

W takich momentach ważny jest spokój i opanowanie a ze sterem trzeba obchodzić się nie nerwowo, lecz przewidywać jaka będzie reakcja jachtu i działać z wyczuciem. Spokój kapitana udziela się wszystkim do tego stopnia, że proszą o możliwość chwycenia steru choć na chwilę  na tak rozszalałym morzu. Wszak nie ma lepszej nauki, jak nauka w warunkach rzeczywistych.

Płyniemy dalej przed siebie widząc nagle jakieś dziwną, jasną dziurę na niebie, choć do tej pory granat towarzyszył nam od początku. Jakież zdziwienie nas ogarnęło, kiedy wpłynęliśmy w środek tego piekiełka, nad nami było słońce a dookoła nas ciemna ściana chmur. Znaleźliśmy się w „oku cyklonu”. Oko było sporego rozmiaru, wiatr tutaj ucichł znacząco a fale były krótkie i przypominały zaledwie muśnięcia potwora, który zlizuje z naszego jachtu sól. Aż trudno uwierzyć w to, co widzimy, dookoła ciemne chmury, z których leje jak z cebra a nad nami słońce. Wyraźnie widzimy jak ciemna chmura podąża w kierunku środka trąby i na krawędzi porywana jest niemal pionowo do góry. Coś przerażającego i pięknego zarazem. Przerażającego, bo zachwyceni tym, co widzimy, zaczynamy zastanawiać się, co nas czeka za chwilę jak znowu wpłyniemy w ścianę deszczu, co przygotował dla nas jeszcze ten burzowy potwór. Na nasze szczęście, chmury przed nami zaczynają się rozchodzić i z okrągłego cyklonu robi się olbrzymi rogal. Wyraźnie widzimy, że najgorsze minęło i teraz będzie tylko lepiej. Z każdą godziną jest coraz spokojniej aż w końcu burza jest daleko za nami a nam znowu coraz śmielej towarzyszy słońce.

Długo jeszcze wspominamy zjawisko, które wyglądało niesamowicie, najpierw wpadamy w burzę, z której przy silnym wietrze wpływamy w „środek cyklonu” z uspokajającym słońcem, dającym chwile wytchnienia niespokojnym żeglarzom. Następnie cyklon widząc, że mamy przed nim respekt otwiera nam swoje wrota, dokładnie w kierunku naszego portu. Morze po raz kolejny pokazało nam, kto tak naprawdę rozdaje karty.

Kiedy wreszcie po 5 dniach żeglugi, bez przerwy rzuciliśmy cumy w Valletcie mogliśmy z czystym sumieniem wypić toast za ocalenie, oczywiście pierwszy kielich poszedł w morze:)

Facebook
YouTube
INSTAGRAM